Najważniejsza sukienka.

14:00

Jak wspominałam, w poprzedniej notce, w sierpniu brałam ślub kościelny. Ucierpiały na tym przetwory i moje studia, ale ja z mężem dużo zyskaliśmy.


Chciałabym dziś, zaprezentować Wam moją sukienkę ślubną, inspirowaną latami 50-tymi. Tak. Sukienkę, nie suknie. Jako matka prawie 5-letniego superbohatera i 3-letnia żona cywilna nie byłam standardową panną młodą. Dlatego kreacja była skromna, ale zachowana w klimatach bliskim memu sercu.


Zaprezentowane wyżej dzieło, zostało stworzone przez moją krawcową. Uszyte z grubej satyny o małym połysku, na podszewce i warstwie tiulu. Góra dopasowana, z dekoltem w delikatną łódkę i plecami zakończonymi w szpic. Dół oczywiście wykrojony z pełnego koła.


Przyznam szczerze, że pomimo kilku koncepcji, co do mojego stroju, szybko doszłam z krawcową do porozumienia. Zaprezentowałam jej zdjęcia sukienek, mówiąc co w której mi się podoba, a ona doradziła co będzie dobrze wyglądać. 


O ile z sukienką nie miałam większych problemów, to nie mogę powiedzieć tego o dodatkach.
Bardzo długo szukałam, skromnego toczka z długą woalką zachodzącą na twarz. Jak na złość większość, które spotkałam, albo były zbyt ozdobne, z krótką woalką, albo po prostu kosztowały niebotycznie, dużo pieniędzy. Koniec, końców zadowoliłam się stroikiem z woalką.


Największy stres przeżyłam z butami. Po przejrzeniu otchłani internetu w końcu znalazłam wymarzone, czerwone czółenka t-straps. Pomimo dokładnego wymierzenia stopy, buty przyszły o rozmiar za duże. Problem pojawił się kiedy złożyłam reklamacje, a z panią urwał się kontakt. Po długiej korespondencji mailowej, zostały mi zwrócone pieniądze. Czółenka zamówiłam u innego dostawcy, martwiąc się czy dojdą na czas. Na szczęście, wszystko się udało i muszę przyznać, że są nieziemsko wygodne.


Z racji tego, iż ślub braliśmy w najgorętszy dzień lata, początkowo zrezygnowałam z pończoch. Upatrzyłam sobie piękny pas i nylony z Greta Vintage Store, ale stwierdziłam że będzie mi za gorąco i nie złożyłam zamówienia. Po przemyśleniu żałowałam swojej decyzji, niestety na kupno i dostawę było już za późno. Więc, musiałam się zadowolić zwykłymi pończochami samonośnymi.


Oczywiście, makijaż i paznokcie również musiały pozostać w klimacie. Na co dzień ze względu na prace nie mogę pozwolić sobie na takie szpony, ale... raz się żyje :)


W makijażu postawiłam na czerwone usta, czarne kreski i sztuczne rzęsy.


Jeśli chodzi o fryzurę, to po kilku próbach, wraz z moją fryzjerką zdecydowałyśmy się na klasykę i kok hiszpański.


Muszę przyznać, że ślub cywilny również był dla mnie bardzo ważną uroczystością ale nijak ma się do ślubu kościelnego. Po zawarciu związku sakramentalnego, przysięga cywilna wydaje mi się bezduszna i wyzuta z emocji. Przy ślubowaniu w kościele było we mnie tyle uczuć, a wzruszenie było tak wielkie, że nie obyło się bez łez (szczęścia oczywiście) i łamiącego się głosu.


A już tak zupełnie na koniec, wspomniana na fb- wiśniowa perełka, którą obiecałam pokazać.
Mowa oczywiście o Warszawie, która zawiozła nas do ślubu :)


Fotograf: Marek Łodyga
Makijaż: Sylwia Paczkowska
Fryzura: Katarzyna Łyczkowska


Sukienka: Uszyta przez krawcową
Buty: Zakupione na allegro, firma Kotyl
Toczek: Zakupiony w salonie sukien ślubnych
Biżuteria: Prezent od męża, Apart

2 komentarze

  1. Podobno jest w życiu kobiety taki dzień, kiedy wstaje rano i wie w co się ubierze :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oh, ja często wiem rano w co się ubiorę :) Ewentualnie zmieniam zdanie gdy wyjrze przez okno :P

      Usuń