Warsaw Games Week.

14:45

Jeśli, komuś kto przeczytał tytuł przeszła przez głowę myśl, że jestem zapalonym graczem, to jest w błędzie. Nie jestem. Ja nie, co innego mój mąż. I nie dość, że gra, to jeszcze o tym pisze. Stąd właśnie w naszym domu pojawiły się 3 bilety na tą imprezę. A, we mnie wątpliwości iść czy nie iść?



Dlaczego? Nie mogę powiedzieć, że nigdy nie interesowały mnie gry. Jako dziecko, razem z braćmi ustawialiśmy się w kolejce do Commodore, Pegasusa, PS czy na ostatku do PC. Pamiętam że mieliśmy nawet grafik kto, kiedy i ile czasu będzie mógł zajmować komputer. Nie zmienia to jednak faktu, że nie jest to teraz rozrywka dla mnie. Niby zdarzyło mi się kiedyś pograć w Simsy albo z dzieckiem w Angry Birds na telefonie, ale jednak szkoda mi na to czasu. Wolałabym wykorzystać tą chwile na dobrą książkę lub film.

Postanowiłam towarzyszyć mężowi z kilku powodów:

Po pierwsze, mimo wszystko chciałam zobaczyć jak wyglądają te wszystkie imprezy branżowe na które jeździ i co tam się w ogóle dzieje? Musiałam też skontrolować, czy kręci się tam dużo kobiet :P I tak! Ku mojemu zdziwieniu było ich naprawdę sporo, choć mogłoby się wydawać, że to głównie rozrywka dla mężczyzn. Spodziewałam się też zobaczyć głównie młodzież, nie mniej jednak przekrój wiekowy był bardzo rozległy. Od malusieńkich dzieci w wózkach, towarzyszących swoim rodzicom po osoby w bardziej sędziwym wieku.



Po drugie, strefa Lego dla dzieci. W której miały zapewnione atrakcje i to do tego stopnia, że nasz mały super bohater nie chciał jechać do domu. Słysząc strefa Lego, myślałam, że zastaniemy tam klocki... owszem były, ale jako gry wideo. Trochę szkoda, bo klockami chętnie bym się pobawiła, a tak przyjemność rozgrywek z naszym potomkiem oddałam mężowi, sama zajmując się kolorowankami. I bacznym obserwowaniem pani malującej twarze. Jestem dla niej pełna podziwu za talent, cierpliwość i wytrzymałość. Wszak, nie łatwo przez wiele godzin obmalować tylu maluchów. Gdyby nie ta kolejka, która się do niej ustawiała pewnie sama bym się skusiła :)


Po trzecie, byłam ciekawa jak na żywo wyglądają cosplayerzy i czy ich stroje rzeczywiście wymagają tyle pracy ile mi się wydawało. Oczywiście, nie umiałabym powiedzieć z jakich gier pochodzą postaci, które widziałam. Choć kilkoro bohaterów kojarzyłam, dzięki obserwacją poczynań mojego męża na laptopie czy konsoli. I mówiąc szczerze, jeśli robili te stroje sami, a w większości ponoć tak było, to jestem pełna szacunku. To naprawdę OGROM włożonej pracy i ponoć miesiące przygotowań. Nie chodzi wszak o sam strój i jego stworzenie, ale o całą stylizację. Dodatki, włosy, makijaż, często, gęsto jakieś znaki szczególne. A przede wszystkim, o radość z tym związaną! Naprawdę wielkie brawa za pomysłowość, kreatywność i wytrwałość.


Po czwarte, skoro mój małżonek towarzyszy mi w moich imprezach takich jak np. American Day to jak ja mogłabym odmówić jemu? :)


A na miejscu? No cóż, nie do końca wszystko wiedziałam, nie do końca rozumiałam, ale miałam świetnego przewodnika. Zdziwiły mnie dzikie tłumy i ogrom całej inwestycji, ale skoro ja mam obowiązkowe imprezy w swoim kalendarzu to gracze widocznie też. Sama osobiście trochę się nudziłam, szkoda, że nie pomyślałam o książce, ale moje dwa urwisy bawiły się świetnie. I to jest dla mnie najważniejsze.
Czy pojechałabym drugi raz na taką imprezę?
Myślę, że tak. Teraz wiedziałabym jak się przygotować i na pewno nie włożyłabym tej krótkiej kiecki na którą namówił mnie mąż :)

2 komentarze

  1. To musiało być niezwykłe przeżycie ;) Sama chętnie bym się wybrała na tego typu imprezę, bo jestem fanką gier, a przede wszystkim fascynatką cosplay'erów. Pozdrawiam ciepło!

    OdpowiedzUsuń
  2. Było przede wszystkim szokujące :)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń