Zwolnij.

06:22

Dziś nie będzie o sukienkach, nie będzie o wyjściach, ani o przetworach. Będzie trochę inaczej niż zazwyczaj, ale wciąż będzie to moje. Dziś chciałam się z Wami podzielić moimi przemyśleniami, które krążą mi w głowie od tygodnia.



Moi drodzy, Ci którzy śledzą mój fanpage wiedzą, że jakiś czas temu znalazłam się w szpitalu. Wiedzą też, że deszcz i zimno nie powstrzymywało mnie przed jazdą na rowerze. Jak ja to mówię ,,nie ma złej pogody, trzeba się tylko dobrze przygotować". Myślałam, że przeciągnę swój sezon rowerowy do pierwszych mrozów lub śniegu. Chyba dopiero przy takiej pogodzie, nie miałabym odwagi wsiąść na moją białą strzałę. Zwłaszcza, że nie poruszam się na niej sama lecz z synem. Niestety, miałam wypadek i potrącił mnie samochód. Chcąc nie chcąc, rower został odstawiony na bok. Nic bardziej poważnego się nie stało i dziękuje Bogu, że jechałam sama. Nie chce się tu skupiać na samej kolizji, czyja to była wina itp.. Chce zwrócić uwagę na zupełnie coś innego.

Dobrze wiemy jaką mamy dziś chorobę XXI wieku. Chroniczny brak czasu na wszystko. Ciągle się o tym trąbi. W prasie, telewizji - wypowiadają się psychologowie i inne mądre osoby, które radzą co i jak. Że tak nie można, że to niezdrowo itd. Znamy to wszyscy, prawda? I w większości się z tym zgadzamy, jednak mało kto, się do tego stosuje.

Sama powtarzałam swoim pacjentom, że muszą się szanować. Dbać o siebie, zwolnić, że tak nie można, że daleko tak nie zajadą, że szkoda na to wszystko zdrowia... A ja? No cóż, dobrze jest radzić komuś. Żyje w ciągłym pędzie, bo praca, bo uczelnia, bo dom, bo dziecko, bo mąż. Znajome, prawda? Ile razy słyszałam od swoich bliskich, żebym to ja zwolniła. Że nie mogę tyle pracować. Że nie można żyć w takim pędzie. I że już się nawet nie dwoje, tylko troje... Oczywiście wszystkiego słuchałam. Pokiwałam głową, rzuciłam swój ulubiony tekst, że jestem niezniszczalna i dalej robiłam swoje. Bo tam muszę jeszcze coś załatwić i odebrać syna, a tu muszę coś kupić i muszę szybko, bo jeszcze muszę wrócić do pracy, bo dodatkowi pacjenci, bo jeszcze gimnastyka do poprowadzenia, bo jeszcze pacjenci do domu. BO, bo, bo.

Skoro ja nie chciałam zwolnić, to życie samo zwolniło. I nagle okazało się, że nie jestem niezniszczalna. Dla mnie to była ,,drobna" sugestia z góry i stwierdzam, że mam dobrego Anioła Stróża. BO wszystko mogło skończyć się zupełnie inaczej. Człowiek w takiej sytuacjach, leżąc na tym szpitalnym łóżku, zastanawia się - po co, to wszystko? Czy warto?

Dopiero na tym szpitalnym łóżku doszłam do wniosku, że nie warto. Szkoda tego bólu, strachu i troski najbliższych, a przede wszystkim, szkoda stracić to co się ma.
Jednocześnie uświadomiłam sobie jakie życie jest kruche. Jesteśmy twardsi od skały i nie jedno przetrzymamy, ale... Obracając ten medal z drugiej strony, widać naszą delikatność i kruchość. Dziś jestem, za chwile mnie nie ma. Nawet nie umiem opisać, jakie to straszne dojść do czegoś takiego na własnej skórze. I zobaczyć na jakie pierdoły trwonimy swój czas i życie. Pierdoły, które zanim tego nie dostrzeżemy, wydają się nam przecież takie ważne.

Wydaje mi się, że ja wyciągnęłam już wnioski ze swojej lekcji. Pozostało wprowadzić je w życie.
Wiem, że dzisiejsza notka, jest jednym z tych pouczających tekstów, których całą masę można znaleźć w sieci. Wiem, że większość z Was przeczyta to i nie weźmie sobie tego do serca, ale chce to z siebie w końcu wyrzucić,

Po za tym zawsze istnieje szansa, że znajdzie się choć jedna osoba, która nauczy się czegoś na moim przykładzie i być może, życie oszczędzi jej tej przykrej lekcji.

1 komentarze

  1. Świetna notka, pozdrawiam i przytakuję przed komputerem :)

    OdpowiedzUsuń