Spełnione marzenie.

12:29

No cóż... muszę zacząć od tego, że mam NAJLEPSZEGO męża na świecie! Naprawdę. To wspaniałe, kiedy druga osoba dając Ci prezent (w tym przypadku, akurat na Walentynki) spełnia Twoje marzenie.
A ja tak bardzo chciałam, zobaczyć w końcu morze.
Tak, nigdy nie byłam, w górach też nie. Powody są różne. Od takich, że w domu było nas pięcioro i każdy krzyczał ,,jeść". Aż do takiego, że szybko wpadłam w inne zobowiązania.
Bardzo chciałam pojechać, stanąć na plaży i próbować objąć wzrokiem bezkres wód. Nareszcie się udało. I na dodatek, nie pojechałam tylko poleciałam samolotem! :)


To takie śmieszne uczucie, kiedy przy starcie wciska Cię w fotel, a głowa robi się ciężka. Nie mówiąc o podskakiwaniu w żołądku. I naprawdę nie spodziewałam się, że samolot tak szybko wzbija się w górę. Myślałam, że przebiega to łagodniej. Człowiek niedoświadczony jest taki naiwny :P
Pierwsze morze zobaczyłam jeszcze lecąc... morze obłoków.
To cudowne gdy w pochmurny, lekko deszczowy dzień, nagle przebijasz się przez te całe zwały białej waty i widzisz słońce. Uśmiech sam pojawia się na twarzy.


A morze?
Morze jest piękne! Kojący szum odwiecznych fal, krzyczące mewy, wielkie spasłe łabędzie, zapach gofrów na molo. Muszelki przy brzegu i uciekanie przed falami... Nawet piasek w butach mi nie przeszkadzał! Wspaniale było stać nad brzegiem, gdzie owiewała mnie chłodna, morska bryza i  pić ciepłą kawę... spoglądać na statki w dali i latające paralotnie... nawet nie umiem tego opisać, To najwspanialszy prezent na świecie!


Znajomy powiedział mojemu mężowi, że co to za frajda jechać nad morze w lutym? Że przecież nawet nóg nie zamoczymy bo zimno (choć spotkaliśmy morsów, którym to nie przeszkadzało, podziwiam!). Ale mówi to osoba, która była nad morzem wielokrotnie. A przecież mi nie chodziło o to, żeby się w nim kąpać. Tylko, żeby je zobaczyć. To zrozumie tylko ktoś, kto był w podobnej sytuacji do mojej.


Najwięcej czasu spędziliśmy właśnie na plaży i na tyle się zapomnieliśmy, że później musieliśmy się sprężać, żeby zwiedzić jeszcze kawałek Gdańska. Zwłaszcza, że chodziliśmy pieszo, aby zobaczyć jak najwięcej miasta. Wydaje mi się, że idąc szlakiem dla turystów dużo nas omija. Bo spotkałam masę małych, pięknych domków przypominających pałacyki lub inne wille. Ogrodzone małymi płotkami ze słodkimi furteczkami. Gro cudownych, starych kamieniczek, często zaniedbanych. Gdyby nie nasz spacer to na pewno bym ich nie zobaczyła. A uwielbiam taką architekturę! I gdybym miała na koncie za dużo zer to bez wahania coś takiego bym kupiła i odrestaurowała. Robiłam im dużo zdjęć, ale gdybym chciała sfotografować, każdy dom lub detal, który mi się spodobał to nie starczyło by mi dnia.


Ponadto śmiem stwierdzić, że Gdańsk to (chyba) bardzo przemysłowe miasto. Minęliśmy naprawdę wiele fabryk i zakładów.
Po za tym to miłe, że jest tyle wolnego nie zagospodarowanego obszaru. To dowodzi tylko tego, że nie wszędzie trzeba wciskać bloki i markety.
Zdziwiła mnie też duża ilość ścieżek rowerowych. To coś dla mnie! Praktycznie były wszędzie, gdzie się poruszaliśmy. Szkoda tylko, że co kilka metrów przecinały się z chodnikiem dla pieszych. Ale przynajmniej na środku nie wyrastał im słup czy znak, jak to jest u mnie.


Niesamowicie było zobaczyć na własne oczy wszystko to, co do tej pory widywałam u innych na zdjęciach. Stary Rynek, Fontanę Neptuna, Bazylikę Mariacką, Wyspę Spichrzu i Żurawia. Ach, no i Stadion, choć nie zrobił na mnie dużego wrażenia. Za to wrażenie zrobiła na mnie stacja Gdańsk Główny, chciałabym żeby u mnie w mieście też taka była. Zamiast tej modernistycznej paskudy :P
Samolot się nie rozbił, pendoliono się nie wykoleiło, więc wszystko poszło dobrze. Jesteśmy cali, zdrowi i o jedno marzenie lżejsi :)


Tak już na koniec chciałam zwrócić uwagę, na częste ostatnio zjawisko. Chodzi mi mianowicie o sfeminizowanie Walentynek. Dlaczego większość kobiet, oczekuje tego dnia od swojego partnera jakiegoś nadludzkiego wysiłku, samej nie dając nic w zamian? Przecież to nie jest Dzień Kobiet tylko święto ZAKOCHANYCH. Umówmy się, danie swojego zdjęcia w ramce lub poduszki w serce to nie jest prezent dla mężczyzny. No przepraszam bardzo, to tak jakby on podarował nam zestaw kluczy lub innych wkrętaków przyozdobionych wstążką. Dziwić się później, że faceci nie lubią 14 lutego? Dlaczego inicjatywa ma wynikać tylko z jednej, czyli ich strony? Drogie panie.. Ogarnijmy się :) Skoro kogoś kochamy to chyba warto się dla niego postarać, prawda? Czyli może dla odmiany, za rok, w kinie to niech on wybierze film?


4 komentarze

  1. Morze było, niech mąż spełnia teraz marzenie o górach ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Na pewno jeszcze nie raz mnie zaskoczy :)

    OdpowiedzUsuń
  3. A może teraz Ty go zaskocz tymi górami😊 bardzo fajny wpis

    OdpowiedzUsuń
  4. Kto wie, kto wie :)
    Dziękuje bardzo! :D

    OdpowiedzUsuń