Muszelkowy potwór.

14:18

W tym roku po raz pierwszy udało nam się pojechać na wakacje! To nie był jednodniowy wypad, ani odwiedziny gdzieś u rodziny. To był nasz pierwszy, prawdziwy, długo wyczekiwany urlop. Urlop dzięki któremu, nasz syn po raz pierwszy mógł poczuć i zobaczyć to co ja w lutym... morze. :)

Jedno z moich ulubionych zdjęć :)


Tak naprawdę to nie planowaliśmy żadnego wyjazdu. Gdzieś tam, czasem w rozmowie rzucaliśmy, że dobrze by było gdzieś pojechać, ale na tym stawało. Wszystko uległo zmianie gdy w czerwcu, nasz syn zaczął się dopytywać o wakacje. To on zadecydował o punkcie naszej podróży.




Nie mieliśmy problemu z wyborem miejsca. Od razu postawiliśmy na Gdańsk. Mieliśmy tam dobry dojazd pociągiem. Przy poprzedniej wizycie, miasto bardzo nam się podobało. A nie udało się nam zobaczyć wszystkiego, co byśmy chcieli. (Tym razem też nie :P) Po za tym, nie jesteśmy typami słoni plażowych wygrzewających się na słońcu. 

Przepiękny, zabytkowy dworzec.


Siłacze :)

Spakowani, szczęśliwi, zwarci i gotowi ruszyliśmy w podróż. Niestety, los od samego początku zdawał się płatać nam figla... Nie obyło się bez przygód i rozłąki po drodze.
Jak na złość, pociągi tego dnia nie jeździły za dobrze. Przezornie, połączenie do Warszawy wybraliśmy z zapasem. Jednak nasz wehikuł kolejowy nie omieszkał co chwila urządzać nam przymusowych postoi na trasie. Skutkowało to 40-minutowym opóźnieniem i naszym biegiem z duszą na ramieniu na pociąg docelowy.
Na szczęście zdążyliśmy.


Tym razem pod fontanną nie było tak luźno jak w lutym :)

Pomimo tego, że nasz Słoneczny również zatrzymywał się po drodze, nie traciliśmy pogody ducha. Aż do momentu, gdy w Nasielsku został ogłoszony półgodzinny postój. Wiele osób wyszło na peron rozprostować nogi, a mój mąż stwierdził, że idzie po kawę. Święcie przekonana, iż udał się po nią do minibaru w pierwszym wagonie, czytałam sobie dalej książkę. Nagle pociąg ruszył, a ja zaniepokojona, że mój wybranek wciąż nie wrócił chwyciłam za telefon. Nawet nie umiem opisać co czułam kiedy powiedział, że został na peronie.




Przerażona poinstruowałam syna, aby nigdzie się nie ruszał i pędem pobiegłam do konduktora.
Co zrobił kierownik pociągu, gdy dowiedział się o zaistniałej sytuacji? Rozłożył ręce mówiąc, że on na peronie nikogo nie widział. I przecież nie ma możliwości zawrócenia składu. Tak więc, mój luby wraz z innymi osobami, które również zostały, musiał czekać na następny pociąg ponad 4 godziny. A ja wściekła zastanawiałam się, jak sobie poradzę z tymi wszystkimi torbami i dzieckiem.

Jeden z ogródków w drodze na plaże.


Dzięki Bogu, ze wszystkim daliśmy sobie radę.
Po siedmiu godzinach, znów byliśmy razem i mogliśmy ruszyć przywitać się z morzem.
Uśmiech na twarzy naszego pierworodnego, śmiech gdy uciekał przed falami i jego widok gdy biegał wzdłuż plaży, zapamiętam do końca życia. Choć i tak największe wrażenie zrobiły na nim muszelki. I na ich zbieraniu spędzał najwięcej czasu. Tym samym stał się muszelkowym potworem. :)

Część zbiorów naszego syna :)

Muszelkowy potwór! :D

Choć jak wspominałam wcześniej nie jesteśmy zwolennikami smażenia się na plaży, to spędziliśmy na niej najwięcej czasu. Chcieliśmy, żeby mały nacieszył się widokiem morza, które tak bardzo mu się spodobało. Dlatego ze względu na niego, odłożyliśmy zwiedzanie na bok :)



To zdecydowanie moje ulubione zdjęcie z całego wyjazdu :)

Czy udało się nam jednak coś zobaczyć? 
Oczywiście, że tak :) Najpierw pokazaliśmy Kubie, to co sami widzieliśmy zimą.
A następnie widząc jego zafascynowanie statkami, wybraliśmy się Czarną Perłą na wycieczkę do Westerplatte. Gdy tylko mały zobaczył ten statek w porcie, nie było szans byśmy popłynęli jakimś innym. :)


:)

Po dotarciu do celu, urządziliśmy synowi małą lekcje historii, tłumacząc co to za miejsce i co tu się zaczęło. Byłam miło zaskoczona jego zafascynowaniem i reakcją. Rośnie nam mały patriota :) Cieszę się, że tam dotarliśmy. Zależało mi, żeby zobaczyć to miejsce i złożyć hołd poległym. Okres II wojny jest szczególnie bliski mojemu sercu, ze względu na babcie...



W czasie naszego pobytu, odbywał się Jarmark Św. Dominika, na którym można było znaleźć całą masę piękności. Obeszliśmy go dwukrotnie wzdłuż i wszerz i musiałam się bardzo pilnować, żeby nie wydać tam fortuny :) A można było znaleźć tam naprawdę różności. Od spożywki, zabawek, ceramiki po ubrania. I oczywiście na co drugim stoisku można było znaleźć bursztyn :)




Jak to pow mój mąż: Retro Wife w swoim naturalnym środowisku :P

Zupełnym przypadkiem trafiliśmy do Galerii Starych Zabawek. Polecam! Choć większość zabawek pamiętali by pewnie nasi rodzice lub dziadkowie, bo kolekcja sięga aż 1920 r..  Bardzo sympatyczne miejsce. :)
Zbiegiem okoliczności trafiliśmy również do Tapas Rybka, gdy uciekaliśmy przed deszczem. Nie wiem jak było wcześniej, ale obecnie jest bardzo smacznie. Mój mąż zakochał się w ich zupie pirackiej :)


I tak pomału nasz krótki wyjazd dobiegł końca. Pożegnaliśmy się z morzem i wróciliśmy do domu. Na szczęście tym razem bez przygód :)
Choć Nasielsk zapamiętamy jeszcze dłuuuugo.
Bo na kawę, to tylko do Nasielska! :P

Nasz pierworodny czekający na pociąg.

0 komentarze